Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (2015)

Gwiezdne Wojny, to marka, jak wciąż przynosi dochody. Nie przeszkodziły w tym  trzy ostatnie kanoniczne, główne filmy, które nawet jak na standardy starszych braci, były słabe. Ale nowy właściciel nie po to wydał tyle pieniądza, aby teraz trzymać ręce na własnych kolanach. Postanowiono zrobić kolejny obraz z serii.

Reżyserem nowego podejścia został J. J. Abrams. Nie poradził on sobie z ciężarem gatunkowym w przypadku serii Star Trek, jednak tutaj po pierwsze: nie ma takich wymagań, po drugie: nikt się tym nie przejmuje, dopóki inwestycja przyniesienie założone zyski.

Nowy reżyser zrobił to samo, co w przypadku wspomnianego Star Treka: wywalił do kosza wszystko co do tej pory ustalono. Te książki, komiksy, czy gry, których historie i bohaterowie, nie ważne jak udane, czy ciekawe, przeszło do tzw. legend. Tak się niestety robi w popkulturze: nie tratuje odbiorcy serio.

I mam takie przypuszczenie, że kolejną rzeczą, którą zrobił pan Abrams, było po prostu wypisanie rzeczy z jakimi kojarzył się oryginalne “Gwiezdne Wojny”. Wszystko, od szturmowców, przez czarnego kolesia w masce, dyszącego do mikrofonu, rozwalanie stacji wielkości planet… nawet ten nieszczęsny Kessel Run. Nie miał znaczenia kontekst, oraz czy rzecz była przemyślana. Wszystko. A potem to nieco przypudrował i wstawił do nowego scenariusza. Nie zdziwcie się więc, poczujecie lekkie de ja vu.

To może skupmy się na owym pudrze. Nowym bohaterem jest czarnoskóry, były szturmowiec, który zdecydował się zdezerterować. Drugą bohaterką jest młoda żyjąca na pustyni kobieta. A trzecim pilot-rebeliant. I to by były wszystkie nowatorskie pomysły. Bo cała reszta to zwykły remaster jedynki. Niby nie ma już Imperium, jest Najwyższy Porządek, organizacja o ograniczonym w stosunku do poprzednika budżecie, ale nie przeszkadza to jej budować urządzenia wielkości planety, która jako amunicję wchłania całą gwiazdę…

A tu chciałbym poprosić, aby na przyszłość, pośród tych wszystkich milionów na aktorskie garze, znalazło kilka dolarów, np. na jakiś obiad z kimś, kto zna się choć trochę na astrofizyce. Jestem pewien, że nie tylko owa osoba podpowie jak uniknąć oczywistych błędów, to może podrzuci kilka oryginalnych pomysłów.

Pewnie mógłbym tak sobie wymieniać i wymieniać, wady i uchybienia, ale chciałbym już podsumować i skończyć. Film jest ładny wizualnie, ale słaby. To po prostu lep na fanów, obliczony na ich głód nowej pełnoprawnej historii. Dostarczono im więc więcej tego samego najtańszym (intelektualnie) kosztem. Być może nawet, jest to też złośliwy komentarz odnośnie stanu umysłu ludzi, którzy mimo wszystko kupują bilety na kolejne przeciętne fantasy, ale to pewnie tylko ja.

Linki

8 thoughts on “Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (2015)

    • Teoretycznie jest. Ta cała Moc, autorzy nie bardzo mogą się zdecydować, czy ma to być jakaś mistyka, nauka, czy wręcz religia. Ale jeśli nawet, to jest to niezwykle słaba religia. No i ciężko jest zestawiać religię, która daje jakieś wymierne “moce”, z tymi “naszymy”, których jedyną mocą jest przekonanie jak większej liczby osób, żeby przestały trzeźwo myśleć.
      Kojarzysz mnie jedynie z teksami o religii? Piszę o wielu innych tematach, np. filmach, jak tu.

      Like

      • “Kojarzysz mnie jedynie z teksami o religii?” Głównie 😉

        Jest stosowny opis Twojego bloga w mojej podstronie “Tam chodzę”.

        Like

      • To trochę tak jest, że filmy dla nastolatków dotarły do nas kiedy byliśmy już po stosownych przyjęciach urodzinowych. To się nazywa teraz rynkiem retro, trzydziestolatkowie płacą za retro sentymenty. 😉

        Like

Comments are closed.