Stories: The Path of Destinies

Dobrze mówili: “załóż bloga, a będą ci przesyłać gierki za friko”. Kłamali, Spearhead Games wydaje po prostu duchową kontynuacją rezerwowanej tutaj. Dostałem ją jak wszyscy, którzy się zgłosili. Pochylmy się więc nad owym pierwowzorem, wiele mówi, że twórcy powtórzyli kilka swoich błędów.

O czym opowiada ta fabuła?

Główny bohater, lis (wszystkie postacie to antropomorfizowane zwierzęta), były pirat, będący na emeryturze (jego słowa), wplątuje się w rebelię. Ot, części poddanych cesarza nie spodobało się nowe zainteresowanie władcy czarną magią i krwawymi rytuałami. Dziełko optujące za rozdzieleniem wiary od władzy? Niestety nie, to mój prywatny wtręt, darujcie mi i wróćmy do Rinaldo (to nasz lis).

Wpada mu w ręce pewna księga. Jak się okazuje magiczna. Sprawia, że każda śmierć (fabularna) cofa go do momentu, w którym zdobył rzeczoną cegłę. Brzmi jak “Dzień świstaka“, co nie? Nasz protagonista po przez dokonywanie różnych wyborów, chce dowiedzieć czegoś o tym bagnie w którym właśnie się tapla. Poznać coś, co gra określa mianem “prawd”, aby móc w końcu wyzwolić się z tego cyklu potworzeń.

Błąd w założeniach

I powoli docieramy do głównej bolączki tej produkcji: owych prawd są cztery. A przygotowanych “historii” (zakończeń): dwadzieścia cztery (plus to prawdziwe). Co sprawia, że bardzo szybko zaczynamy odczuwać znużenie i déjà vu.

Owa zakończenia, choć każde inne, zwykle wiele nie dają. Poza tym grze jest trudne pewne fakty chować: już po jednej takiej sesji, będziecie podejrzewać wszystkie cztery sekrety. Ale i tak trzeba je odbębnić, aby narrator mógł o niech miejscami wspomnieć. No i bez oficjalnego odklepania wszystkich, nie można osiągnąć tego prawdziwego zakończenia.

A jak właściwie wygląda sama gra?

Pojedyncza historia polega na tym, że wybieramy co bohater ma zrobić (z dwóch lub trzech opcji), automatycznie determinuje to która z bodaj dziesięciu map zostanie wybrana. Na samej mapce biegamy sobie od walki od walki. A potyczka to my kontra grupa przeciwników z presja mnożnika uderzeń. Tańczymy między nimi wymachując wybranym mieczem, używają haka i ślizgając się. A każdy otrzymany cios lub zbyt długa chwila wahania, zeruje licznik. Zbieramy doświadczenie, rozwijamy umiejętności i potem znowu kolejny wybór, nowa mapa, znowu kilka walk … i tak to do finałowego poziomu, który zawsze jest ten sam dla każdego zakończenia.

Podsumowując plusy

Jeśli ktoś nie ma ciśnienia (jak ja) aby zaliczyć wszystko, będzie dobrze bawił się przez te kilka godzin, aby ukończyć główną historia. I pewnie doceni śliczne krajobrazy. I może nawet znajdzie wyzwanie w walkach. I być może rozbawi go kilka żartów narratora komentującego na żywo nasze poczynania. Bo “Stories”, to nawet niezła gierka. Gdyby nie…

Podsumowując minusy

Gdyby nie była powtarzalna do bólu. A kiedy byłem gotowy przełknąć to i te  chaotyczne potyczki, w których bardziej należy liczyć na szczęście niż na refleks, to i tak jedna rzecz została: brak możliwości pomijania cut-scenek (przy czym wcale takie krótkie nie są). Być może to właśnie przez to tylko, miałem wrażanie, jakbym grał w nią trzy razy dłużej, niż skrzętnie zliczył mi to Steam (około trzydzieści godzin, na wszystkie osiągnięcia).

Podsumowując całość

Mała gierka. Poskładana z kilku zapożyczonych pomysłów z innych produkcji. I całość jest nawet w porządku. Gdyby tylko było w niej albo więcej treści, albo mniej zmuszania gracza do ponownie tego samego, była by ona warta zakupu.

Linki

3 thoughts on “Stories: The Path of Destinies

  1. Teraz widzę taka moda na wielowątkowość. Oglądałem recenzję (hitowego rzekomo) Octopath Traveler i to samo. Nikomu się jednak nie udało poskładać tego dobrze w całość.

    Like

Comments are closed.