Roman Brandstaetter — Jezus z Nazarethu

Fanfik oparty o Ewangelie. Tak w skrócie idzie zrecenzować książkę “Jezus z Nazaretu”. Ale ma jedną, zaletę, jaka mimowolnie wynikła z tak wiernego trzymania się materiału źródłowego: dobitnie wykazuje, jak marnego rodzaju fantasy są Ewangelie.

Autor podjął się przestawić pełną biografię Jezusa z Nazeretu, łącznie z wydarzeniami na krótko przed małżeństwem jego rodziców aż do, uwaga spoiler: zmartwychwstania. Całość jest fabularyzowana, wzbogacona o opisy przeżyć i przemyśleń ludzi powiązanych z głównym bohaterem. Mało tego, w tekście podjęto się wytłumaczenia rozumowania tych wszystkich ludzi, z samym Jezusem włącznie.

Rzut okiem na całość

Nie ma co ukrywać: wyraźnie widać, jak pisarz dokonuje literackiego odpowiednika stawania na rzęsach, aby móc pozszywać całość z utrzymaniem sensu. Teksty czterech Ewangelii nie są przecież spójne, a wiele słów i zdarzeń wzajemnie sobie przeczy. Co ciekawe, sam autor był tego świadomy (wiara go nie zaślepiła), bo wykorzystał to przy opisie rozumowania Judasza (tak, w tekście jest używane inne imię, ale to jest rozpoznawalne).

Jasna strona

I to przyznam: jest to wielka zaleta tej powieści: bardzo wyraźnie pokazuje braki biblijnego opisu. Oraz tego, jak wiele rzeczy, musi wziąć w nim na wiarę. Nie da się inaczej. Cokolwiek, ktokolwiek nie mówił o świadectwie Słowa Bożego, nie jest ono nawet świadectwem. Dla przykładu pan Brandstaetter pisze o tym jak wspaniale Jezus nauczał, a jego słuchacze byli olśnieni jego wykładem. Ale my nie uświadczymy tej mądrości. Możemy co najwyżej w nią uwierzyć. Na słowo. Ale wierzyć nie musicie mi, kiedy nazywam takie praktyki przejawem słabego pisarstwa: kiedy twórca nie jest w stanie po prostu pozwolić odbiorcy doświadczyć czegoś. Nie twierdzę, że autor jest złym pisarzem. Twierdzę, że podjął się karkołomnego zadania wyciśnięcia czegoś z tekstu ewangelii i zrobił co mógł.

Ciemna strona

Za to nie będę tak łaskawy dla stwierdzeń typu, że lud Izreala bardziej słuchał niż widział, czy tego, że w zależności od potrzeby prawowierni otoczeni byli przez morze szpiegów hegemona. Nie, nie przepuściłem takich rzeczy w powieści “Eragorn”, nie przepuszczę i więc i tu.

Jest też jeszcze sprawa, za którą nawet wierzący i praktykujący chrześcijanie powinni być wściekli. Kojarzycie może przypowieści? Takie małe historie,  proste analogie, to świetny pomysł kiedy zamierza się nauczać ludzi niekształconych. Nie jestem na tyle naiwny, aby przypisywać ten pomysł Jezusowi (pominąwszy kwestię jego historyczności), ale doceniam przypisaną mu umiejętność ich tworzenia. W “Jezusie (…)” jednak obdarto tytułowego bohatera z tej cechy. Według autor tego dzieła, wszystkie one są po prostu wspomnieniami z jego życia. Nie umiem powiedzieć, czemu prorocza kreatywność została rozlana po jakiś epizodycznych bohaterach. Nie wiem czemu miało to służyć. Zapewne to był jedyny sposób, aby zapełnić te lata od urodzenia, do rozpoczęcia publicznych nauk Jezusa.

Oto Jezus

Poznajcie więc najsławniejszego Żyda w historii, choć zapewne nie mającego z nią wiele wspólnego. W tej powieści jest to człowiek, który kilkukrotnie zawiódł nadzieje swoich rodziców. Jest to też nauczyciel, który często nie potrafił przekazać swoim uczniom czego chciał. Nie umiał się dogadać ze spotkanymi współziomkami.

Jednocześnie jesteśmy zapewniani, że on to wszystko jednak jakoś robił. Trzeba jedynie rozumieć, że akurat na co dzień nie chciało mu się. Najwyraźniej. Nie rozumiem takiej prezentacji głównego bohatera, czy nikt nie przeczytał jakieś szkicu tej powieści?

Jak zrobił to mistrz

Całkowicie niezwiązanie … no dobrze, było to wręcz całkowicie związane z “Jezusem (…)”… wróciłem pamięcią (i po prostu sięgnąłem do książki) do postaci Jeszuy Ha-Nocri. Michał Bułhakow umiał przedstawić Jezusa, który porusza. Nie jest to do końca ewangeliczny Jezus, ale cóż, byłbym w stanie uwierzyć w niezwykłość takiego niż tego z recenzowanej pozycji.

Podsumowanie

Odradzam. Autor próbuje pogodzić wodę z ogniem. Historię z teologiczną ideą. Faktem z fikcją. Rzeczy takie działy się w już literaturze, w dziełach fantasy. Ale to jest to gorszego sortu fantasy.

Linki: