Koniec świata #7

Już w tym tygodniu, skończy się świat. Dokładnie 24 czerwca.

… innymi słowy: kolejny (niejaki Mathieu Jean-Marc Joseph Rodrigue, jestem niemal pewien, że to pozbawiony znaków dialektycznych zapis, nigdzie jednak nie znalazłem prawidłowego) przedawkował Księgę Objawienia. Nawet nie chce mi się wnikać, co dokładnie tam do siebie pododawał, żeby mu akurat wyszła najbliższa niedziela, tym bardziej, że sam ukrywa tę informację. Tylko czemu to musi być handlowa?!

Legendy polskie wg Allegro

Allegro ma dużo pieniążków. Miało też potrzebę ich wydania na marketing. Zatrudniono nie byle kogo, ze słynnym Tomaszem Bagińskim (i jego studiem) na czele. Warto zobaczyć (i posłuchać). Oto przed państwem: “Legendy polskie”. I dwa linki:

Fabule “Smoka” można zarzucać sztampowość. Zupełnie jakby twórca postanowił wrzucić każdy możliwy banał do tych kilku minut, ale efekty i wykonanie ratuje nudę opowieści. Wysilono się nawet na mały komentarz względem współczesnego społeczeństwa. “Twardowskiego” po prostu zobaczcie. Jak komu mało, to może pobrać ebooka.

Jeśli zerknąć na liczbę wyświetleń do opublikowanego kilka tygodni temu “Smoka” to nie jest to jakaś oszałamiająca liczba. A szkoda. Mało też osób kojarzy całą tę imprezę. Ja natknąłem się na nią praktycznie przez przypadek.

Mam nadzieję, że akcja przyniesie swojemu korpo wymierną korzyść. Zdecydowanie wolę taki rodzaj reklamy, niż no – każdy inny. Z wiralami włącznie. Nie chciałbym więc, aby ten eksperyment pogrzebał przyszłość jemu podobnych.

Warto odnotować pewnego rodzaju godność Allegro: nazwa firmy pojawia się w tytule w napisach, ale poza tym filmik jest wolny od natręctwa lokowania.

Ewolucja a pokemony

Myślałem, że to żart, kiedy usłyszałem, że pewne środowiska chrześcijańskie nie lubią marki “Pokémon”, bo zawiera w sobie ewolucję. Jak bardzo trzeba mieć nie po kolei w głowie, aby w tym całym wyimaginowanym świecie czepiać się właśnie tego, że rzekomo premiują ewolucję. Tym bardziej, że ta zupełnie nie ma związku z prawdziwym znaczeniem tego terminu. No, ale przecież mowa o kreacjonistach.

Continue reading

Assassin Creed’s

Ołpen łordów jakoś nie lubię. Kojarzą mi się głównie z powtarzalnością, mnóstwem błędów, prostotą i w konsekwencji: nudą. Tym bardziej dziwią mnie liczne zachwyty jakie pojawiają się na ich temat. Ale…! Coś mnie wzięło na bardzo popularną serię gier tego typu. Dałem szansę początkowi serii Assassin’s Creed.

Pierwszy zwiastun

Nie wiem jak wy, ale ja pamiętam. Zaczęło się od krótkiego filmiku. Przedstawiał on jedno morderstwo i późniejszą ucieczkę sprawcy tej zbrodni. Na żywo akcję komentowała jakaś rozentuzjazmowana pani. Ja z całości zapamiętałem zabójcę, który zostawszy otoczony zwalczał każdego z oponentów po kolei (reszta grzecznie czekała). Następnie, uciekając już w mieście, gdzie ogłoszono alarm, ukrył się w tłumie. A żaden ze strażników nie widział nic zdrożnego w kolesiu z kapturem i kuszą na plecach pośród kilku kobiet. Podziękowałem.

Gierka się sprzedała, zaczęto więc doić markę. Wszystkie części z grubsza są o tym samym: zmagania zakonu Assassinów z tajemniczym wrogiem o niemal równej im potędze. Zachęcono mnie kilka razy, w końcu dałem się przekonać i pożyczyłem sobie pierwszą część. Wydano ją jeszcze sprzed czasów paranoi Ubisoftu, więc mogłem grać swobodnie.

Nic nie jest prawdziwe, (…)

A więc wcieliłem się w Desmonda. Desmond wciela się w swojego dalekiego przodka, dzięki maszynie służącej do odczytu tzw. pamięci genetycznej – Animusa. Wspomnę też, iż obaj byli członkami ugrupowania z tytułu. Byli, bo jeden od wieków nie żyje, a drugi jest dezerterem. Porwany przez tajemniczą korporację, gra w symulację poczynań swojego antenata. Gra, w grze.

(…) wszystko jest dozwolone

Ten pomysł z Amimusem to w sumie świetna sprawa. Można śmiało na niego zwalić mnóstwo uproszczeń jakie stawia przed nami rozgrywka. Pozwala też na swobody dla gracza, nawet wyjaśnia tajemnicę punktów życia itp… To trzeba przyznać, to się twórcom udało.

Witamy zatem na Ziemi Świętej w czasie krucjat. Nasz protagonista, Altaïr ibn La-Ahad, to młody, utalentowany, ale pełen pychy zabójca. Z jego winy ważna misja poszła wyjątkowo źle, za co został zdegradowany. Mistrz zakonu daje mu jednak drugą szansę: dziewięć nazwisk osób, które mają zginąć.

O rozgrywce

Na czym polega zabawa? Na bieganiu po mieście (w sumie pięć sporych map) i wypełnianiu zadań. Nagrodą za nie, jest zwykle kolejny strzępek informacji, mający nam pomóc załatwić główny cel. Teoretycznie zachęca się nas do planowania podejścia, ale wejście na pałę w swoich konsekwencjach, wcale nie różni się zbytnio od prób cichego załatwienia sprawy. Niektóre sekwencje są oskryptowane i wiele na to nie poradzimy. Nie ma się więc co wysilać.

Tak na marginesie: podobała mi się ucieczka jednej z moich ofiar. Pomimo bycia mężczyzną o sporej tuszy, biegł równie szybka jak nasz zręczny protagonista. Co pewien czas zresztą przystając, aby upewnić się, że nas nie zgubił.

Znaki rozpoznawcze

Są dwie ikony tej całej serii: ukryte ostrza oraz niezwykłe umiejętności parkur głównych bohaterów. To drugie jest w sumie całkiem zgrabnie zaimplementowane, gdyż po kilku minutach od intra będziemy w stanie biegać niczym młoda gazela po gzymsach i dachach. Na dłuższą metę można się przyczepić, że w zasadzie naciskamy jeden klawisz i wybieramy kierunek ruchu, czy wspinaczki. Nic więcej od nas w sumie nie zależy.

Podsumowanie

Jak tu określić pierwsze nieśmiałe próby wyprodukowania nowej marki? To w sumie przyjemna, acz dość krótka gra. Jest niedługa, bo szybko odechciewa się graczowi powtarzać te same, proste zadania i ogranicza się jedynie do misji koniecznych i głównych. Model walki jest nawet całkiem znośny, nie ma co tu narzekać. Jeśli ktoś lubi bawić się w zbieracza, to ma tu całkiem spory zestaw znajdziek, które są jedynie po to. Krótko rzecz ujmując: solidny średniak. Mały plus za dobór dość ciekawej miejscówki. Minus za utopienie tego historycznego potencjału w jakiś ideach konspiracyjnych teorii, i dziwnego SF. Żałowałby pewnie wydania pełnej ceny tego tytułu, ale za kilka euro mógłbym już się zastanowić.

Linki

Narodowy Dzień Biblii

Dziś mamy 1 października, a jest to “Narodowy Dzień Biblii”. Nie, oczywiście, że nie u nas. W Boliwii. To w Ameryce Południowej. Mały kraik Większy niż Polska kraj, bez dostępu do morza.

Przemilczmy nasuwające się pierwsze myśli. Narkotyki, czy bieda, jakie zwykle, słusznie, czy też nie, kojarzymy z tym państwem. Ja o czym innym. Też nie o tym, jak to fajnie, że mają ogólnonarodowe święto związane z panującą religią. A bo to jedyny taki kraj?

Ja chciałem sobie tą informację sprawdzić. Po pięciu minutach przeszukiwania polsko, anglo i hiszpańskojęzycznych stron nic nie znalazłem, poza tym moim startowym wpisem na Wikipedii. Czemu ktoś więc to dodał? I na jakiej podstawie?

Linki

Cookie Clicker

Przeglądarkowa gierka, która polega na robieniu ciasteczek. Klikając na to wielkie ciasto po lewej, tworzymy nasze pierwsze. Gratuluję, tak się właśnie zaczyna.

Oczywiście, jeśli wyklikamy tych ciasteczek dostatecznie dużo, będzie nas stać na kupno pierwszego automatu robiącego ciastka za nas. Potem kolejnego. A potem możemy wykupić babcię, która będzie nam piekła ciasteczka i kolejną… i to się ciągnie aż po flotyllę wehikułów czasu, które transportują wypieki zanim te w ogóle zostaną spożyte.

Mało? Gra oferuje system ulepszeń oraz acziwmentów. Także możliwość zapisu i eksportu stanu naszego cukrowego imperium. Nieźle jak na napisaną, niecały miesiąc temu, przez jedną osobę, aplikacyjkę w JavaSciptcie. Co przypomina mi o dwóch rzeczach, jakie dodatkowo urzekły mnie w tej produkcji. Pierwsza to, jej ciągły rozwój. Z każdym odświeżeniem strony mamy szansę, że pojawią się nowe rzeczy. A druga to taka, że znający się nieco na JS mogą się nieco, być może niezbyt uczciwie, zabawić. Reszta może sobie poczytać stronę na wiki, poświęconą zagadnieniu.

Podsumowując: polecam sobie trochę poklikać, ale uwaga, potrafi wciągnąć i trzymać. A niby to takie proste.

Linki

Szukając drugiego dna – Die Welt i kwestia turecka

Przeczytałem w dzisiejszym Metrze: Niemiecki dziennik “Die Welt” proponuje, by łączącą Berlin z Warszawą autostradę A2 w Polsce nazwać imieniem króla Jana III Sobieskiego. Ciekawe, czy ta gazeta, chce w ten zawoalowany sposób, przekazać, iż upatruje w tej drodze, remedium na te rzesze Turków żyjących w ichnim kraju?

Osiągnięcia jako wskaźnik moralności graczy

Rozpakowałem niedawno prezent gwiazdkowy: pudełko z grą “Metro 2033”. Tak, dzięki temu, weekend spędziłem pod ziemią (w pewnym sensie również dosłownie).

Gra ta do uruchomienia (ma tylko singla) wymaga konta na Steamie (i połączenia, i aktywacji, i mnóstwa dziwnych rzeczy). Pomińmy te szczegóły, to nie artykuł o tej platformie, czy felieton o tym jak uprzykrza się życie uczciwym graczom.

Steam zapewnia osiągnięcia. A że jestem na to strasznie …łasy, bardzo uważnie prześledziłem tą opcję (i praktycznie tylko ją). Zainteresowały mnie “Globalne statystyki rozgrywek Metro 2033”. Czyli zestawienie: ilu graczy posiadających daną grę ma w niej dane osiągnięcie (wartości w procentach). A gdzie tu wskaźniki moralności?

A bo, osiągnięcie “Szczodrość” (Wspieraj ubogich – dzieciakowi rzuć kulkę, choremu daj lekarstwo. Pomóż każdej napotkanej osobie), dostaje się za pomoc napotkanym osobom. Jeśli nie zdecydujemy się im pomóc, dostajemy inne: “Realista” (Dawać kasę biednym dzieciom? Niech sobie robotę znajdą.). I teraz meritum: “Szczodrość” posiada 4,4% graczy, “Realistę”: 31,3%.

Różnica jest, przyznacie, całkiem spora. Gdzie leży przyczyna? Czy faktycznie grają w “Metro 2033” przeważnie realiści? Czy też może to poczciwi ludzie, którzy w wirtualnym, nieprawdziwym wszak, świecie chcą przez chwilę być zupełnie inni niż są na co dzień? Jest też opcja, iż wcale nie jest łatwo dość tego acziwka – jak skończę grę to może potwierdzę.

Linki

Mass Effect – luźne uwagi

Tak bardzo pojechałem po opisywanej przeze mnie grze z tytułu, że w sumie zapomniałem, co pierwotnie chciałem napisać. Dlatego teraz, przytoczę tych kilka rzeczy na które zwróciłem uwagę w ratowania galaktyki.

Pierwszą sprawą o jakiej chciałem napisać, to oryginalny i zaskakujący sposób jak amerykanie widzieli w Mass Effect przyszłość kosmonautki. Problemem jest tutaj fakt, iż BioWare to jednak studio kanadyjskie, trochę więc mój argument stracił na znaczeniu. Ale pomińmy. Jeśli ktoś zaglądał do załączonego do gry leksykonu, na historię Ziemi, dowie się, że pierwszą bazę na Marsie założyła – uwaga – Europejska Agencja Kosmiczna. Bardzo pragmatyczny jest również powód dla jakiego istnieje Przymierze: samodzielna kolonizacja obcych światów jest za droga dla jakiegokolwiek państwa.

Drugą sprawa to podejście do kwestii Plutona. Ta była planeta, jako jedyna została odkryta przez Amerykańskiego astronoma. Stąd też mieszkańcy USA darzą ją niezwykłymi uczuciami. Część z nich do dziś kwestionuje uchwałę Zgromadzenia Ogólnego Międzynarodowej Unii Astronomicznej w Pradze roku 2006. Zostało to nawet dość zabawnie zaprezentowane w serialu “True Blood”. W Gromadzie Lokalnej, którą możemy odwiedzić w grze, aby pojeździć po Księżycu, Pluton znajduje się na swojej nowej płaszczyźnie ruchu. Owa postała po rozmrożeniu Charona, który okazał się być zamarzniętym przekaźnikiem masy. Podziwiałem więc tutaj zgrabny sposób jakim posłużyli się twórcy, aby nadać znaczenie lekko zapomnianemu obiektowi (i nie musieć implementować obsługi jego prawdziwej lokalizacji), do czasu kiedy sprawdziłem lokalizację siedziby BioWare.

Jak już wspomniałem o tym Księżycu, mamy tam do pokonania zbuntowaną wirtualną inteligencję (to swoją drogą też ciekawe zagadnienie: rozróżnienie SI i WI). Możemy tam też natrafić na wrak sondy Łuna 23, jeśli do niego zajrzymy znajdziemy trochę najnowszej XXIII wiecznej technologii. Wspomnieć o Księżycu trzeba również dlatego, iż to tutaj dowiadujemy się, jak słabo zostały odwzorowane warunki panujące na obcych planetach (czy ich satelitach). Maco skacze za nisko (czytaj: zawsze jest ta samo grawitacja), nie zostawia śladów i z jakichś powodów słyszymy wiatr. Na każdym innym obcym świecie, nie mając porównania, nie zwraca się na to uwagi.

Dziwnym trafem, w całej Drodze Mlecznej, jaką przyjdzie nam zwiedzić, nie zobaczymy obcych kobiet, z jedynym tylko wyjątkiem: Tali (tak, Quarianki z naszej ekipy – swoją drogą, to jedyna przedstawicielka tej rasy). Asari nie liczmy, bo ten gatunek nie ma płci. Nie ma też modeli dzieci. Niechcenie twórców, brak zapotrzebowania, czy jakiś strach przez prawniczymi reperkusjami (patrz przypadek Fallout 2)?

Na koniec polecam zajrzenie od czasu do czasu do Leksykonu, nawet jeśli potem w toku gry część z jego zawartości okaże się nieadekwatna. Tak można się dowiedzieć np. co znaczy to “N7” na pancerzu Shepard (-a). Równie ciekawą lekturą może być Mass Effect Wiki, które dostarcza mnóstwa ciekawostek, czy wyjaśnień, skąd twórcy zaczerpnęli ten i ów pomysł.