Metro UI w jednym zdaniu

Parę osób, widać nie może żyć, bez znajomości mojego zdania w kwestii najnowszej myśli w kategorii interface’u z Microsoftu. No to miejmy to za sobą.

Tak, zdaję sobie sprawę, że następca Menu Start, zanim się zebrałem do napisania tego tekstu zdążył zmienić nazwę. Teraz to już “Modern UI”. W każdym razie wiadomo o co chodzi: kafelki.

Opinie innych

Widziałem fanbojów, którzy nowość witali z źle ulokowaną radością. Widziałem też takich, którzy namiętnie grzebali po swoich najnowszych nabytkach, aby to dziadostwo usunąć. A miałem przykład użytkownika, który na początku sklinał, a potem gdy mu je usunięto, stwierdził, że jednak lepiej było wcześniej (nie da się wrócić do pełnosprawnego Menu Start, z tego co go zrozumiałem). Ale dość o innych, czas na fachową opinię.

Moja opinia

Otóż: nowe GUI nie nadaje się pod myszkę. Jest nieergonomiczne pod tym względem. Aby np. się wylogować, trzeba przemierzyć odcinek równy niemal dwukrotnej wartości najdłuższej przekątnej ekranu. Inny przykład: aby zrobić coś niestandardowego z programem, na poziomie tej całej glazury, trzeba przejechać również przemierzyć wysokość ekranu. I nie można zrobić czegoś, co bardzo lubię: zjechać w róg ekranu, by bez patrzenia kliknąć na ikonkę chowania wszystkich okienek. Już nie wspominając, o tym, że ten kolorek ciemnoniebieski jest zwyczajnie ohydny.

Rozgrzeszenie

Może i Modern UI sprawdza się na urządzeniach mobilnych. Na konsoli użyłem go tylko raz, ale na XBoksie interface i bez tego pozostawia wiele do życzenia (co jest tematem na osobną dyskusję), więc sprawę przemilczę. Zdaję sobie sprawę, że z ekranem dotykowym to rozwalcowane podejście nawet może się sprawdzać, a problemy które wymieniłem praktycznie znikają. Tyle, że ja Windowsa używam tylko i wyłącznie na zwykłych klasycznych PC-etach. I tylko kiedy muszę.

W Windowsie 8 nie ma Menu Start!

Wpis dla tych moich czytelników, którzy domagali się wyjaśnienia mojego sformułowania Windows robi ci wodę z mózgu z notki “Wietrzę spisek na joggerze”. Mimo wszystko was pozdrawiam!

Mam paru znajomych, których pomimo wysokiego obycia z komputerami, ba, niektórzy to nawet studia informatyczne pokończyli, ze strachem w oczach, kilka miesięcy temu, głosi światu: a słyszeliście, że w nowym Windowsie… – tu pauza dla podniesienia efektu grozy – …nie będzie Menu Start?!. To nie, że słyszałem to raz, czy od tej samej osoby. Po prostu nie rozumiem tego, że ci ludzie obawiali się tych całych kafelek. Spieszę z odpowiedzią strwożony człowiecze: poradzisz sobie bez tego głupiego Menu Start! W końcu się przyzwyczaisz, wcześniej, czy później.

Teraz mam okazję obserwować tych, którzy nowy system Microsoftu już sobie zainstalowali. Jak się można domyśleć, jakoś sobie go używają (choć podobno i tak są zmuszeni siedzieć na trybie zgodności z Windows 7 – z powodów technicznych, nie problemów z obsługą). I tym optymistycznym akcentem kończę.

openSUSE: dodawanie obsługi protokołu Tlen do Pidgina

Ta notka jest przeróbką mojej poprzedniej: “Dodanie obsługi Tlen do Pidgina“. O ile tamta była dla Ubuntu, ta jest dla openSUSE 11.4.

  1. Instalujemy Pidgina ze źródłami. Polecenie: sudo zypper install pidgin pidgin-devel (można to też oczywiście zrobić za pomocą YaST-a, ale mam już swoje przyzwyczajenia, no i tak jest szybciej).
  2. Ściągamy najnowsze źródła z ~alek/pidgin-tlen
  3. Rozpakowujemy te źródła, gdzie nie ma znaczenia.
  4. Wykonujemy polecenie make w katalogu z rozpakowanymi źródłami.
  5. Edytujemy plik Makefile, drugą linijkę zamieniamy na: LOCALBASE?= /usr (czyli usuwamy frazę /local).
  6. Dla systemów 64 bitowych: trzeba zamienić katalog lib na lib64. W Vim-ie Możemy to zrobić za pomocą polecenia: :%s/\/lib\//\/lib64\//g (około trzech wystąpień).
  7. Zmiany oczywiście zapisujemy.
  8. Teraz możemy wklepać sudo make install.

Wygląda na to, że działa, choć w sumie, openSUSE mam dopiero od kilku dni.

Z ostatniej chwili (16.10.2012):

Autor pluginiu przeniósł się na GitHub.

Bash – wybredne kopiowanie

Domyślnym katalogiem na pobieranie plików w moich przeglądarkach, jest pulpit. Stamtąd rozdzielam pliki wedle własnego widzi mi się, jednak pewną klasę plików, życzę sobie mieć zawsze w pewnym specyficznym katalogu. Do tej pory, przenosiłem je tam ręcznie, ale uświadomiłem sobie, że przecież nie jest trudno proces ten zautomatyzować. Po pięciu minutach powstała ta oto linijka:

" = "" ] && cp "$1" ""

Ten skrypt oczywiście wykorzystuje do otwierania pliku z poziomu przeglądarki. Najwięcej problemu było ze sprawdzeniem poprawności zadanego parametru ($1). Należało jednak upewnić się, czy parametr jest plikiem (to z pomocą: -f) i czy ma zadane rozszerzenie. Zamieszczam, aby mi się nie zgubiło. Na co warto zwrócić uwagę:

  • ${1##*.} – to wyrażenie zwraca rozszerzenie pliku (tutaj dla zmiennej $1). Dla nazwy np. “nazwa.z.kropkami.txt”, zwróci “txt”. Po sieci można znaleźć wersje z jednym płotkiem (#), ale wtedy wynikiem są wszystkie znaki po pierwszej kropce (szczegóły w załączonych linkach)
  • [ (...) -a (...) ] – I (ang. AND) w składni programu test, używanego przy warunkach w Bashu

Z pomocą: bash String Manipulations i Linux tip: Bash test and comparison functions.

Dodanie obsługi Tlen do Pidgina

Jak wiadomo, w najnowszym Ubuntu (10.04 LTS – Lucid Lynx) zrezygnowano z komunikatora Pidgin i zaproponowano inny – Empathy. Chciałem dać mu szansę, ale w końcu wymiękłem i zainstalowałem z powrotem Pidgina.

Czemu? Przywykłem, miałem go skonfigurowanego (import profili zadziałał tylko połowicznie) jak również w Pidginie miałem zainstalowaną obsługę protokołu Tlen (coś słabo z tym na Empathy), z którego korzystam. Jego obsługa nie jest rzeczą natywną dla wspomnianego komunikatora, tak więc któryś już raz z kolei zastanawiałem się, co właściwie się robiło. Dlatego właśnie postanowiłem wstawić sobie na bloga (tego) krótki opis kompilacji i instalacji pluginu Tlen.

  1. Instalujemy Pidgina ze źródłami. Polecenie: sudo apt-get install pidgin pidgin-dev
  2. Ściągamy najnowsze źródła z ~alek/pidgin-tlen
  3. Rozpakowujemy te źródła, gdzie nie ma znaczenia.
  4. Wykonujemy polecenie make w katalogu z rozpakowanymi źródłami.
  5. Teraz to trudne: edytujemy plik Makefile, drugą linijkę zamieniamy na: LOCALBASE?= /usr (czyli usuwamy frazę /local, bo Pidgin na Ubuntu trzyma swoje pluginy w katalogu /usr/lib/purple-2, a nie w /usr/local/lib/purple-2/).
  6. Wciąż edytując plik Makefile, zamieniamy wszystkie cztery wystąpienia wheel na root (w edytorze Vim wystarczy polecenie: :%s/wheel/root/g).
  7. Zmiany oczywiście zapisujemy.
  8. Teraz możemy wklepać sudo make install.
  9. Powinno wszystko działać bez problemów razem z ikonkami na swoim miejscu (mam nadzieję…) – jak to sprawdzić? Przy zarządzaniu kontami, wybrać opcję “Dodaj” i na liście protokołów powinien znaleźć się “Tlen.pl”.

Posłowie

  • Zamieszczony tu sposób działa też na systemie Mint (nie ma się co dziwić, bazuje on na Ubuntu).
  • Autor pluginu przeniósł swoje źródła na Github – zostawił co prawda przekierowanie, jednak jakby co, to link znajdziecie poniżej.

Linki

Krótka randka z KDE4

Z powodu dość poważnej awarii GNOME na moim systemie, która uniemożliwia jego uruchamianie, na szybko zdecydowałem się zmienić środowisko graficzne. Rozwiązanie to kojarzy mi się nieco z tym jakie wymyślili w Zamglonych Wzgórzach (w grze Arcanum), kiedy lokalny most został opanowany przez bandytów (zdecydowano się zbudować nowy).

Instalacja Open Box odpada, bo choć jest całkiem miły i wygodny, to wymaga sporo konfiguracji na początku, a tego właśnie chciałem sobie oszczędzić. Stąd KDE. I muszę przyznać, że jest bardzo ładne. Bardzo też jest windowsowe, czy też może to nowe Windowsy są bardzo kadeowe? Ewentualnie zainspirowały się czymś innym – ktoś może kojarzy?

PS. Nowe Ubuntu wychodzi za tydzień (podobno), więc sobie naprawię sobie GNOME’a na windowsowy sposób:)

Krótka recenzja Lenovo G550

Moje zadanie było proste, zainstalować na laptopie Lenovo G550, numer modelu: 20023, jakiś inny niż aktualny system. A że miałem na to kilkanaście dni, to zdążyło mi się nasunąć kilka uwag odnośnie tego sprzętu. Na ów drugi system wybrałem Ubuntu wersję 9.10, po części dlatego, że system nie powinien sprawiać za dużo problemów swojemu nowemu użytkownikowi, ale również dlatego, że miałem już gotową płytkę.

Inaczej niż podczas moich poprzednich zabaw z laptopami (HP 6735s FU601ES – pierwsze starcie), w tym przypadku oszczędzono mi zarówno wyboru modelu, czy pierwszych chwil z nim. Coś tam wspomniano, że obecny na dysku (250 GB, jak ktoś nie chce zaglądać do dokumentacji, a go to ciekawi) Windows 7 to domyślny system, w każdym razie nie mogę nic powiedzieć o instalacji tegoż systemu, ale podejrzewam, że nie powinno być problemu np. ze sterownikami. Chyba, że chcemy instalować którąś z wciąż powszechnych poprzednich wersji tego systemu.

O Ubuntu na Lenovo G550

Jeśli natomiast chodzi o instalację Ubuntu, to najbardziej złożonym etapem było wydzielenie partycji, czyli nie było żadnych problemów. W zasadzie zaraz po instalacji jest ono już w pełni skonfigurowane i gotowe do pracy, z jednym małym wyjątkiem – sterowniki do WiFi, jako własnościowe, należy dociągnąć sobie we własnym zakresie. We własnym zakresie, czyli z menu System->Administracja->Sterowniki należy wybrać właściwą opcję. Aby ta się pojawiła, trzeba dodać dodatkowe repozytoria, a być może tylko pozwolić na update systemu. Ja wybrałem opcję “automatyczna konfiguracja systemu” z załączonego do polskiej wersji Ubuntu skryptu konfigurującego. Mała uwaga: nie wiedzieć czemu moje Ubuntu strasznie polubiło sieć bezprzewodową dostępną w pracy. Obudzone po hibernacji w domu wciąż i wciąż chciało się z nią łączyć, mimo iż była dostępna niezabezpieczona sieć domowa. Czasem trzeba było restartować system. W drugą stronę nie było żadnych problemów. Nie sprawdzałem pod tym kątem systemu Windows 7.

A tak w ogóle, to oto i on

Teraz może dla odmiany trochę o samym laptopie. Bateria trzyma około trzech godzin. Klawiatura posiada blok numeryczny, przez co touchpad jest przesunięty w lewo, tak aby był na środku “właściwej” części klawiatury. Podobno niektórym to przeszkadza, ja akurat nie używam laptopów na co dzień, więc aż tak bardzo mi to nie wadziło, choć od czasu do czasu zamiast przesuwać kursor używałem “rolki” (małego skrawka touchpada po prawej, który służy w takim charakterze). Jeszcze jakby wymienili klawisz funkcyjny z sąsiadem – lewym CTRL, bo często zdarzało mi się je mylić. Po kilkunastu dniach zauważyłem też, że chociaż lapek był względnie nowy, pod światło widać było ślady używania na touchpadzie. Obudowa sprawiała wrażenie jakby miała pęknąć, kiedy chwytałem urządzenie w pośpiechu, ale normalnie na taką nie wygląda.

Podsumowanie

Przyznam, że nie próbowałem na tym sprzęcie wymagających gier, według innych recenzji, Lenovo G550 nie radzi sobie z nimi. Codzienna praca, czyli otwieranie przeglądarki, jakiś film czy słuchanie muzyki, przy korzystaniu z jakiegoś pakietu Office lub środowiska programistycznego, przebiegało sprawnie i bez zarzutu. Małym minusem dla mnie była też mała rozdzielczość ekranu, jak wspomniałem wyżej, na co dzień korzystam z normalnych pecetów. Czas i na podsumowanie: Lenovo G550 to dobry i przystępny cenowo sprzęt biurowy, który można wynieść i pracować na nim poza biurem. A w związku z tym, nie ma sensu używać na nim Windowsa, wszak i tak nie pogramy 😛

Linki

Gdzie jest mój thunderbirdowy profil?

Jeśli ktoś chce bawić się we wspólny, międzysystemowy profil, to być może powinien wiedzieć, że w Windows 7, jego katalog jest nieco zamaskowany. Już tłumaczę.

Pierwotnie zakładałem, że szukany przeze mnie folder znajduje się pod ścieżką: C:\Users\<nazwa_użytkownika>\AppData\Local\Thunderbird\Profiles (w domyślnych ustawieniach zarówno systemu, jak i Thunderbirda). Pomijając tutaj obecność w systemie pustych katalogów takich jak np. Documents and Settings, czy Application Data w katalogu użytkownika, które pewnie są jakaś efektem kompatybilności wstecznej, to odnaleziony profil nie był tym czym chciałem. Owszem były tam pliki ustawień, ale nie było w nich konfiguracji kont, czy ściągniętej poczty.

To czego szukałem znalazłem obok: C:\Users\<nazwa_uzytkownika>\AppData\Roaming\Thunderbird\Profiles. Gdybym to wiedział, oszczędził bym trochę czasu i sporo nerwów. Nie wiem, czemu mam rozdwojone te katalogi, ale warto chyba liczyć się z tą ewentualnością. A przy okazji: ścieżkę lokalną danego konta w programie Thunderbird można sprawdzić np. w sekcji Konfiguracja serwera.

Na powiadomienia o aktualizcji

Od kiedy w Ubuntu wprowadzono zmianę polegającą na zastąpieniu małej ikonki w obszarze powiadamiania na wyskakujący na środek ekranu menadżer aktualizacji, wielu skarżyło się, że jest to traktowanie użytkownika jak głupiego, czy też dosadniej: zbliżenie Ubuntu do Windows.

Spoglądając właśnie na listę aktualizacji w komputerze mojej rodziny, nie sposób jednak nie zauważyć małej liczby nieściągniętych aktualizacji. Ba, niezainstalowane aktualizacje są tymi najnowszymi. W porównaniu do przeszłości, gdzie można było te pakiety mierzyć w gigabajtach jest to odczuwalna różnica. Czyżby działało? Co nie zmienia faktu, że mnie ten postartowy zryw menadżera strasznie irytuje.

Planowałem też wkleić screen okienka “Wymagane jest ponowne uruchomienie komputera”, tak żeby trochę podręczyć użytkowników systemów ze stajni Microsoftu, ale niech się nie denerwują.

Nie ma czegoś takiego, jak darmowy freeware

Jak moim czytelnicy wiedzą, nie używam za dużo Windowsa. A, że nie używam go za dużo, ten służy mi wiernie i bez większych problemów (biorąc pod uwagę, że to Windows) już dość długo, od czasu jego pierwotnej instalacji. Krótko mówiąc – dawno nie reinstalowałem tego systemu, a co za tym idzie, nie instalowałem masy przeróżnych programów potrzebnych do jakiegoś normalnego wykorzystania komputera.

Ale, przyszła kryska na matyska. Musiałem zreinstalować system Windows i to na dwóch kompach na raz. Rzecz jasna, dodatkowo na obu zainstalowałem sporą liczbę dodatkowego oprogramowania, głównie freeware. I tu własnie leży wampir pogrzebany…

O ile kiedyś było to zjawiskiem rzadkim, to teraz prawie każdy “darmowy” nie Open Source’owy program oprócz samego siebie proponuje instalacje najróżniejszego śmiecia. Jakiś pierdół: pasków do przeglądarki, dodatkowych programików nie-wiem-na-co-mi-one, i to jeszcze takich fajnych, które z miejsca lokują się przy starcie systemu, czy nawet całej przeglądarki (w tym wypadku Google Chrome – przy instalacji Avasta).

O ile jeszcze część uczciwie pyta, czy można dorzucić coś na hasiok, i jest możliwość odkliknięcia domyślnie wybranego zaśmiecania, ale tylko pod warunkiem, że proces instalacji nie sprowadza się do przechodzenia “dalej”, “dalej” z uporem godnej lepszej sprawy, to np. takie Skype bezpardonowo instaluje sobie jakieś swoje dodatki (tutaj, przyznam, że opuściłem pole wyboru opcji, dokładnie tak, jak sugerują komentujący mój wpis). Trzeba je potem ręcznie wyszukać i usunąć z systemu.

A potem jeszcze się ludzie dziwią, czemuż to ich komputer wygląda jak przydrożny kawałek lasu, na którym okoliczni mieszkańcy oszczędzają na wywozie śmieci. Cóż, stara dobra zasada “nic za darmo” jak widzę wciąż w mocy.