Nie ufaj SI

Chciałem wpisać “chłopak ma koleżankę”, słownik Googla zasugerował zmianę na “chłopak ma leżankę”. Zastanawiam się, co chciał przez to wyrazić.

Koniec świata #7

Już w tym tygodniu, skończy się świat. Dokładnie 24 czerwca.

… innymi słowy: kolejny (niejaki Mathieu Jean-Marc Joseph Rodrigue, jestem niemal pewien, że to pozbawiony znaków dialektycznych zapis, nigdzie jednak nie znalazłem prawidłowego) przedawkował Księgę Objawienia. Nawet nie chce mi się wnikać, co dokładnie tam do siebie pododawał, żeby mu akurat wyszła najbliższa niedziela, tym bardziej, że sam ukrywa tę informację. Tylko czemu to musi być handlowa?!

O zepsutym kompasie

Jednym z najbardziej drażniących argumentów, na jakie może się powołać osoba wierząca w obronie zasadności istnienia religii, jest to, że rzekomo owa wyznacza standardy dobra i zła. Poza własnym widzimisię mówcy, nie ma zasadniczo na to żadnego dowodu. Co więcej historia pokazuje nam wyraźnie zupełnie odwrotny stan rzeczy.

Bo gdyby święte księgi, czy zastępy świętych dawały jakieś wskazówki, jak moralnie żyć, czy mieliśmy tak liczne przykłady działania na przekór nim. I to nawet w sercu religii katolickiej – przez samo papiestwo?

Od kilku dni czytam sobie właśnie o dokonaniach papieży z epoki Renesansu. O tym, jak kupczyli stanowiskami, jak traktowane były tytuły kościelne, jak ignorowali wołanie o reformy. Znacie to? Pewnie coś tam słyszeliście o Borgiach. No cóż, ja dopiero dzisiaj doszedłem do pontyfikatu Aleksandra VI.

Nie wspominając, o całkiem niedawnych przykładach. Nie wspominając o naszym własnym podwórku. A warto by też wspomnieć, że jeśli ktoś wprowadza wyraźny, sprowadzony do kilku słów podział na Dobro i Zło, zazwyczaj jest w błędzie. Życie jest niestety zbyt skomplikowane, aby do etycznej oceny każdego uczynku wystarczyła pozbawiona kontekstu formułka.

O odmowach katolickich pogrzebów

Natknąłem się jakiś czas temu na Onecie na pewien artykuł. Traktował on o skandalu w małej miejscowości, gdzie proboszcz odmówił pogrzebu jednemu ze swoich parafian.

Całość idzie co prawda za dziennikarzami Faktu, co już w samo w sobie sprawia, że mam ochotę przełączyć kartę, ale pozostańmy. Być może nawet to wydarzenie autentycznie się wydarzyło, ale czy dokładnie tak, jak to jest opisane? Szczególnie interesują mnie, potraktowane nieco po macoszemu, motywacje samego sprawcy całego zamieszania. Podobno ów odmówił komentarza. Continue reading

Tygodni Powszechni

W porządku, nie mam wiele do napisania o czymś, z czymś zetknąłem się jedynie w postaci jednego numeru. Całego co prawda, ale wciąż tylko jednego. Jednak odczuwam potrzebę pochwalania redakcji tej gazety.

Mimo dość wąskiej wydawać by się mogło tematyki, umieli wybić się ponad tę ciasnotę umysłową, z jaką zwykle utożsamia się środowiska katolickie. Utożsamia się, zresztą na konkretną prośbę samych zainteresowanych, którzy gotowi są bronić swojego zacietrzewienia w dobranej tematyce i ignorancji dla inności, podnosząc swoją ignorancję do rangi cnoty. Mam tu na myśli “Telewizję Trwam” i czasopismo “Gość Niedzielny”.

“Tygodni Powszechnych” nie jest żadnym z nim nich. Nie ocieka tanią propagitą, wobec aktualnie promowanej partii. A przy tym wszystkim ciągle jest katolicką gazetą. Jeśli już idziesz za głosem księdza nawołującego do łamania ich własnego przykazania i kupna, zaraz po mszy zresztą, promowanej przez Kościół prasy, to zdecyduj się na mniejsze zło.

Nobel za zioła

Dziś o mocy medycyny ludowej i ziołolecznictwa. I nagrodzie Nobla. I o komentarzach w Internecie. Wszystko z malarią w tle.

Na podstawie

Poszło o artykuł: Pani Tu You You odkryła lek na malarię, wykorzystując recepturę sprzed 1600 lat. Nagrodzono ją za to Nagrodą Nobla (wiem, że jest błąd, w tekście jednak nazwisko pani pisane jest prawidłowo). Tytuł niejako wszystko wyjaśnia. A i tak sprawę przybliżę.

Pomijając tu chińską historię niedawną, która też w sumie przyczyniła się do owej sytuacji, pani Tu Youyou okryła stary przepis na ziołowe remedium przeciw malarii w zbiorze recept tzw. chińskiej medycyny ludowej. Za opracowanie leku na tę chorobę została uhonorowana nagrodą Nobla z dziedziny medycyny.

Komentarze

Zjechałem do komentarzy… niektórzy widzą tutaj przykład tajemnej wiedzy ludzkości, ukrytej przed zapatrzonymi w swoje próbówki naukowcami. Inni postrzegają tu zarysy dowodu na spisek korporacji farmaceutycznych, które sztucznie chowają przed nami darmowe zioła, aby sprzedawać swoje nieskuteczne pastylki. Do tych wszystkich ludzi, mam jedno pytanie: czy w ogóle przeczytaliście co tam napisano?.

Jak jest

Wyraźnie stoi tam przecież, iż zespół pani Tu Youyou przebadał jakieś 380 różnych przepisów. Z trzystu osiemdziesięciu ostał się tylko jeden. JEDEN. Z TRZYSTU OSIEMDZIESIĘCIU. Tak ciężko to było zauważyć? Owa tajemna wiedza ludzkości, nawet jeśli faktycznie istnieje, to jest ona raczej jak wychodek, w których gdzieś na dnie, leży złoty pierścionek.

Bardziej wnikliwi mogą zauważyć też, że sam przepis, to jedynie adnotacja, aby pewne ziele przygotować w zimnej wodzie. Albowiem jak sprawdzono, w gorącej roślina owa traci swoje anty-malaryczne właściwości.

Druga sprawa: no właśnie, sprawdzenie. Lekarze-nie lekarze z Chin nie zawierzali chińskiej medycynie ludowej, sprawdzili oni skuteczność owych przepisów. Jak przystało na naukowców. Pokażcie mi oszusta od naturalnego leczenia, który w ogóle wie co to znaczy metoda naukowa, albo nie czyni znaku krzyża na słowa podwójna ślepa próba.

Innymi słowy: nie ma żadnej rysy na medycynie. Wprost przeciwnie: pokazała ona swoją siłę. A wszystko co medycyną nie jest (cała ta medycyna alternatywna się wlicza) jest raczej do niczego. Bo przecież 1:380 to dość mała skuteczność jak weźmiemy pod uwagę czas w jakim rozwijała się chińska myśl zielarska. A teraz bonus.

Dlaczego nie używa się ziół bezpośrednio?

Zacznijmy od tego, że zazwyczaj lecznicza jest pewna specyficzna substancja, która roślina wytwarza. Ale owa substancja nie jest jedną, jaką dane zielsko produkuje. Roślina, jak każdy żywy organizm wytwarza tysiące różnych chemikaliów. Przyjmując zioła przyjmujemy cały ten śmietnik. Przy odrobinie szczęścia większość z nim jest dla nas obojętna.

Istnieje też problem dawki: jak dużo jest specyfiku x w roślince a? A w tej co rosła obok a? Można to jedynie szacować. I mniej więcej dlatego używa się pigułek produkowanych w fabrykach, nawet z syntetycznie otrzymywaną substancją aktywną. Z nimi nie ma aż tyle problemów.

Bo zielarze

No ale przecież zioła leczą – może ktoś zapytać. A i owszem, działają, bo to w pewnym sensie też leki (jak wyżej wspomniałem). Jedną z konsekwencji tego jest fakt, iż ziołami można by się zatruć (w przeciwieństwie np.: do homeopatii). Dlaczego więc mam chodzić do lekarza, a nie pić wywaru z rumianku?

To może wyjdźmy od prostego rozumowania: czy można by kupić trutkę w sklepie z ziołami? Czy producent wypuściłby na rynek skutecznie działający ziołowy preparat? Taki, który mógłby poważnie komuś zaszkodzić (bo lek niewłaściwie stosowany…)? Nie sądzę. Tak więc do sklepów trafiają mieszanki dobre do zaprzenia w czajniczku.

Inną ważną sprawą, jest unikanie przez wszelakich ziołoleczników jakiejkolwiek naukowości. Tak więc to, nikt nie potwierdził, że ten dwugrot leczy raka. Może gdzieś tam jakaś babcia to przekazała swojej wnuczce, ale tak na prawdę nikt tego nigdy nie sprawdził (pamiętacie co wyszło wyszło w sprawie malarii? z 380 przepisów tylko jeden autentycznie działający).

Osoby parające się zastępowaniem leków ziołowymi preparatami mają tendencję do obracania się w dość nieciekawym towarzystwie: od homeopatów, do astrologów. Czego już nawet nie będę komentował.

I kończąc wątek, wedle badania składu najróżniejszych produktów ziołowych w USA, wykryto, że około 59% zawiera nie zawarte na opakowaniu domieszki. Jak więc tu mówić o mocy leczniczej, skoro nawet nawet nie bierzesz zapisanego przez ciotkę korzenia pimentu?

Wniosek: jeśli ktoś sugeruje zastąpienie leków ziołami, być może nie wie co czyni i tym bardziej należy go nie słuchać. I nie należy powtarzać tych bredni o ukrytej mocy preparatów, robionych ze słomy, sprzedawanej za gruby hajs naiwniakom.

Małe wytłumaczenie

Historia badań zespołu pani Tu Youyou jest nieco bardziej złożona niż zostało to przestawione we wspomnianym artykule. Ja dodatkowo ją jeszcze bardziej uprościłem. A czemu nie? Przecież i tak sporo komentujących nie pojęła jego treści.

Linki

Sól himalajska

Sól himalajska głosiła przytwierdzona recepturką etykietka. Zapytałem brata o różową zawartość słoiczka. Odparł, iż to zdrowsze od zwykłej soli. To wystarczyło.

… bym nabrał podejrzeń. Jakoś automatycznie nie dowierzam ludowym przekonaniom o tym, że coś jest zdrowe. Zwłaszcza jeśli dotyczy to czegoś, co ma być rzekomo lepsze od soli kuchennej (no dajcie ludzie spokój, to jedna z najprostszych substancji w kuchni). I ma to przy okazji ładny, uroczy kolor, idealny aby nawet laik mógł od razu rozpoznać rzeczone w sklepie.

Kłamstwa na wierzchu

Po wpisaniu frazy sól himalajska w wyszukiwarkę, zapewne natkniesz się na różne strony. Choć w przeważającej mierze będą to sklepy sprzedające owo cudo. Wszystkie co do jednego zdają się powielać jeden i ten sam tekst promujący, którego fragmenty (wyróżnione przez oryginalnego autora) pozwolę sobie przytoczyć:

(…)Sól himalajska jest najzdrowszą i najczystszą solą dostępną na ziemi.(…)

(…)W soli krystalicznej, pierwiastki dostępne są w tak drobnych cząsteczkach, że mogą być łatwo wchłaniane przez komórki organizmu ludzkiego i poddane procesowi metabolizmu.(…)

(…)Naturalna sól krystaliczna składa się nie tylko z dwóch, ale ze wszystkich naturalnych pierwiastków. Są one identyczne z pierwiastkami naszego ciała, które je budują i może je znaleźć w “pierwotnym oceanie”, z którego pochodzi całe życie.(…)

Nie trzeba być wielkim naukowcem, aby zauważyć, ów wielokrotnie kopiowany tekst pisała osoba nieposiadająca nawet podstaw wiedzy chemicznej, ani w ogóle jakiejkolwiek innej. W skrócie: to są bzdury. Jak jest naprawdę?

Ukryta prawda

Zacznijmy od pochodzenia. Oryginalna sól himalajska wydobywana jest w Pakistanie (“sól pakistańska” już nie brzmi tak romantycznie, co nie?). Faktycznie wydobywa się ją ręcznie, jedynie za pomocą kontrolowanych eksplozji (podejrzewam, że proch strzelniczy nie wlicza się w powszechnej opinii do materiałów wybuchowych). Sama kopalnia (Khewra) ma długą historię: podobno założono ją za panowania Aleksandra Wielkiego. Można ją zresztą zwiedzić: promuje się jako druga największa na świecie, zaraz po Wieliczce.

Różowy (czerwony, pomarańczowy) kolor nasza sól zawdzięcza obecności tlenku żelaza (to przez niego rdza ma czerwony odcień). Te bzdury o osiemdziesięciu czterech pierwiastkach można oczywiście włożyć między bajki (patrz niżej). Według prawdziwych źródeł, sól himalajska zawiera jedynie osiem substancji dodatkowych (być może i są jeszcze jakieś inne, ale to już raczej ilości śladowe).

Jeśli chodzi o niezwykłą strukturę krystaliczną i inne banialuki, to też je zmyślono. Po pierwsze nasz organizm nie używa kryształów soli (upraszczając: rozpuszcza je). A po drugie sól kamienna powstawała wszędzie wedle tych samych procesów. Nie ma więc różnicy, czy spożywamy nasze rodzime struktury krystaliczne, czy pakistańskie, czy każde inne.

Z punktu widzenia dietetyki: Choć soli do życia potrzebujemy, nie należy z nią przesadzać. Ot cała filozofia. Niezależnie, czy jest to najtańsza, czy też różowa ze sklepu z “naturalną” żywnością.

Jeśli nieco pogrzebać po temacie, można dowiedzieć się o innych zastosowaniach soli himalajskiej; takich jak lampy, czy kąpiele. Wszystkie oczywiście z magicznymi, acz nieprawdziwymi właściwościami.

Za tę małą szopkę, musimy chyba podziękować pani Barbarze Hendel i Peterowi Ferreiro z ich książką “Water & Salt: The Essence of Life”. Unikajcie tej książki, to pozycja pseudonaukowa. Pani Dr Hendel najwyraźniej ma doktorat z homeopatii (w każdym razie to jedno ze źródeł jej dochodów). Jak szanujący się doktor medycyny może podpisywać się tym szwindlem?

Wątek polski

Na pierwszej stronie wyników wyszukiwania Google, choć nisko, znalazłem blog Julii. Autorka zwraca uwagę, że nie tylko w Pakistanie można znaleźć różową sól kamienną. Na przykład: u nas (cudze chwalicie?). W Kopalni Soli Kłodawa (jest też wersja niebieska, jeśli komuś róż się źle kojarzy). Niezła robota jak osobę, która i tak dała się zwieść tej całej himalajskiej propagandzie.

Bonus: Teorie spiskowe

I ciekawostki:

Jeśli ktoś bardzo boi się GMO, może go ucieszyć, że istnieje sól himalajska w wersji “Non-GMO”. No co? Jak ktoś nie wie co to jest GMO i kupuje sól himalajską, to wiele mu nie można pomóc. Raczej nie zrozumie tłumaczenia, że sól jest minerałem.

Chodziła fama po necie, że sól himalajska zawiera dodatkowy fluor dodawany sztucznie albo, że naturalnie zawiera za dużo fluoru. Tak czy siak, to też jedna wielka bzdura (może wzięło się to od krajów, w których faktycznie dodaje się fluor do soli, tak jak w innych do wody).

Bonus: Patrzajcie, umiem Mendelejewa!

Pierwiastki Soli Kamiennej pochodzącej z pasma gór soli himalajskiej

100% czysta sól – zawiera 84 “naturalne” pierwiastki niezbędne dla naszego organizmu: wodór, lit, beryl, bor, węgiel, azot, tlen, fluor, sód, magnez, aluminium, krzem, fosfor, siarka, chlorek, wapno, skand, tytan, wanad, chrom, mangan, żelazo, kobalt, nikiel, miedź, cynk, gal, german, arsen, selen, brom, rubid, stront, itr, cyrkon, niob, molibden, ruten, pallad rod, srebro, kadm, ind, cyna, antymon, tellur, jod, cez, bar, lantan, cer, prazeodym, samar, europ, gadolin, terb, dysproz, holm, erb, tul, iterb, lutet, hafn, tantal, wolfram, ren, osm, iryd, platyna, złoto, rtęć, tal, ołów, bizmut, polon, astat, frans, rad, aktyn, tor, protaktyn, uran, neptun i pluton.

Powyższa lista, to po prostu spis wszystkich pierwiastków (oprócz gazów szlachetnych) występujących na Ziemi. Oprócz metali ciężkich zawiera nawet pierwiastki radioaktywne, które naturalnie występują jedynie w rudach uranu (bo z geologicznie mają za krótki czas rozkładu). Przy okazji nie ma czegoś takiego, jak 100% czysta sól, która zawiera domieszki — to oksymoron.

Podsumowanie

W wielkim skrócie: sól himalajska nie różni się wiele od każdej innej soli. Tyle, że ma nieco inny kolor, bo zawiera nieco zanieczyszczeń (z chemicznego punktu widzenia, nie przejmujcie się tym). Nie ma żadnych dowodów na to, że jest jakoś szczególnie zdrowsza. To zwykła sól. Ino z Pakistanu.

Wszystko co można się od niej dowiedzieć, szczególnie od jej sprzedawców, to zwykły marketingowy bełkot. Stworzony po to, aby móc sprzedawać swój produkt trzy, czy czterokrotnie drożej. W dodatku nakierowany na golenie naiwniaków (jesteś moim bratem i tak cię szanuję…) którzy nie wiem co robili na lekcji chemii. Szczerzę wątpię, aby autor oryginału sam wierzył w to co pisał. I mój apel: nie dajcie się nabrać! szczególnie, że mamy własną czynną kopalnię soli kamiennej.

Linki