Inni o religii #10

– God talks to him?

– It’s not psychosis, he’s just religious.(…)

– No, you talk to God, you’re religious. God talks to you, you’re psychotic.

Tłumaczenie moje, raczej wierne niż piękne, ale się nada.

– Bóg mówi do niego?

– Nie ma psychozy, po prostu jest religijny.(…)

– Nie, ty rozmawiasz z Bogiem, jesteś religijny. Bóg mówi do ciebie, masz psychozę.

Nic nie jest oryginalnego w tych słowach, to wszak oczywisty wniosek, nawet pośród ludzi wierzących na prawdę (choć oni głośno tego zwykle nie przyznają). Zamieściłem, aby nieco dowartościować jego źródło. Swoją drogą pełne podobnych perełek.

Jest nim serial “House MD” odcinek 19 drugiego sezonu, pt. “House vs. God”. Nie oglądałem go dotychczas, pomimo jego sporej popularności swego czasu. Ale ostatnio ten właśnie epizod został mi polecony: House ma bardziej racjonalne halucynacje niż niejeden człowiek jawę.

Przyznam, że spodobało mi się. A podobno to nie jedyna taka potyczka, a i porwania przez kosmitów też House uleczył. Może się kiedyś skuszę. Tylko te dziewięć sezonów…

Touch – sezon 1 odcinek 1

Materiały o serialu “Touch”, na jakie kiedyś tam się natknąłem, obiecywały całkiem nowe i odważne podejście (przynajmniej jeśli chodzi o telewizję amerykańską). A do tego stos cyferek wyjaśniających sens Wszechświata. I jak tu się oprzeć?

Oryginalność

Z tym nowym otwartym podejściem chodziło o sposób na przedstawienie obcych kultur. Uwaga! Koniec z niewykształconymi obcokrajowcami, którzy mówią płynną angielszczyzną – Fox zamierza zaprezentować swoim widzą (tym z kraju pomiędzy Kanadą a Meksykiem) niczym nieskalny powszedni dzień i tubylczą mowę, z dołączonym kinowym tłumaczeniem (czytaj: napisy będą).

Koncepcja

Główna idea serialu, to rzekome powiązania wszystkiego ze wszystkim. Mało tego, jak się dobrze przyjrzeć, to można wypatrzeć wzory w owych. A jak już je dostrzeżemy, możemy pokusić się o ich wykorzystania. Sztuki tej trudnej, dokonuje narrator serialu, chłopak cierpiący na autyzm, który w ogóle się nie odzywa (w fabule serialu). Namiętnie całymi dnami spisuje najróżniejsze liczby i bawi się telefonami komórkowymi (inni ważny aspekt opowieści).

Jego ojciec jest kolejnym bohaterem. W jego postać wcielił się Kiefer Sutherland (“24 godziny”). W próbach porozumienia z synem wspierać go będzie pracownica opieki socjalnej (Gugu Mbatha-Raw).

Pierwsze wrażenia

Zasłoniłem oczy przyłożoną do czoła ręką, kiedy w odcinku padło wyjaśnienie, że ciąg Fibonacciego jest owym tajnym, mistycznym wzorem spajającym podwały świata. Ok, można powiedzieć, że to takie elementy fantasy. Ale nie mogę strawić pomysłu, że numer 318 oznaczać ma: i datę, i godzinę, i numer jednostki, i numer autobusu, a wszystko bardzo logicznie i jednoznacznie połączone ze sobą. Scenarzyści zbyt ostro postanowili sobie uprościć zadanie. Zdecydowanie za dużo zbiegów okoliczności.

Co poza tym? Dawka emocji, np. związanych z komunikacją na linii ojciec – niemy syn. Doprawioną leciutko sentymentem do zamachu z dnia 11 września (żona i matka zginęła podczas niego). Niewiele było tych motywów “z poza USA”. Może to i moje uprzedzenie, ale wydaje mi się, że współczesny Bagdad został przedstawiony zgodnie z wyobrażeniami szarego Amerykanina. Mam jednak nadziej, że trochę się to rozwinie, bo właśnie w tym ostatnim widzę jakąś nadzieję dla tego serialu.

Krótko rzecz ujmując: niższe regiony stanów średnich. Ale zobaczymy kolejne odcinki.

Linki

Gra o tron – sezon 1

Ostatni odcinek pierwszego sezonu tego wychwalanego pod niebiosa serialu za mną. Werdykt jednym słowem brzmi polecam, ale… (BTW: ta notka została dodana przez Jabbera)

… tak naprawdę to jakieś szczególnie wybitne dzieło nie jest. Mamy jasny podział bohaterów: Ned Stark jest honorowy, dobry, rodzinny i wierny – praktycznie żadnych skaz (no może tylko, że ścina łby i ma jednego syna z nieprawego łoża). Taka też jest jego rodzina. A królowa jest zła, niedobra i zdradziecka… jej synek jest chyba jeszcze gorszy. I to również rozciąga się na cały ród Lannisterów. Ale…

… są jeszcze bohaterowie drugiego planu. Np. członkowie rady królewskiej. Poza tym, cały sezon pierwszy jest dopiero jakby wstępem do kolejnych. Poznajemy w nim aktualną sytuację polityczną, kto z kim przeciw komu spiskuje, kto z kim spędza noce. Dowiadujemy się co dzieje się za Wąskim Morzem, a co za Murem, co zresztą wcześniej czy później zjawi się w owych siedmiu królestwach.

Sporym plusem jest też fakt, że serial oparty jest na książce. Nie ma czegoś takiego, jak niezniszczalność pewnych bohaterów, bo są lubiani, czy najbardziej kojarzeni z daną produkcją.

Podsumowując: jednak warto obejrzeć. Bo to faktycznie jeden z lepszych seriali w tym gatunku ostatnimi czasy. Można by go porównywać do “Dynastii Tudorów”, bo w obu przypadkach mamy takie polityczne intrygi, ale to nie do końca to samo.

Linki

Gra o tron – sezon 1 odcinek 1

Nasłuchałem się opowieści, jaki to świetny serial, więc postanowiłem spróbować. Obejrzałem pierwszy odcinek. Tak się też ciekawie złożyło, że widziałem wcześniej jeden z późniejszych.

Rozpoczyna się takim akcentem niemal z horroru (z elementami fantasy, bez szczegółów, by nie spoilerować), ale później przez resztę filmu mamy raczej do czynienia z opowieścią o rodzinie Stark, która włada krainą Winterfell, położoną przy tzw. “Murze”.

Poznajemy relacje pomiędzy poszczególnymi osobami, ich motywacje, trochę historii. Oczywiście całości nie wypełnia prowincjonalna sielanka. Eddard z rodu Stark dostaje propozycję zostania namiestnikiem królewskim. Z królem łączy go przyjaźń jak również uczestnictwo w wojnie z poprzednim władcą. Zaś ostatni potomek tegoż, wygnany daleko za morze, wydaje swoją siostrę za przywódcę potężnego acz barbarzyńskiego plemienia. Chłopak o słomianych włosach liczy na to, że z armią swojego szwagra odzyska utraconą koronę.

Podsumowując: ładne intro, ze świetnym pomysłem, niezła muzyka do niego. Ciut krwi, trochę nagości. Ale co do ogółu, to jakoś nie skręcało mnie z zachwytu. Cóż, to dopiero początek, zobaczymy co napiszę, po zapoznaniu się z całym pierwszym sezonem.

Przez 24 godziny (sezon 1)

Serial w czasie rzeczywistym. Brzmi całkiem dumnie, ale jak na ironię, to główne hasło reklamowe nieco odwraca się przeciwko niemu. Ale po kolei.

Poznajcie szefa CTU (jednostki USA do zwalczania terrorystów) Jacka Bauera. Jest on skuteczny, ale jednocześnie słynie z tego, że jest gotowy lecieć na bakier z regulaminem czy prawem. A w trosce o dobro obywateli CTU na dostęp do wielu istotnych danych dotyczących tychże. Jednak dość lekką ręką, np. dla potrzeb prywatnych, rozdają ów dostęp temu kto ładnie poprosi (głównie Bauerowi). Muszę przyznać wprost, że nie podoba mi się taka kowbojska postawa, zarówno głównego bohatera jak i jego ekipy.

O co w ogóle chodzi? W przeddzień prawyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych ujawnia się informacja o zamachu planowanych na faworyta tychże – Davida Palmera czarnoskórego polityka. Serial powstał przed wyborem Obamy, tak więc fakt też jest parokrotnie podkreślany (bo to historyczny kandydat). Pierwszy odcinek rozpoczyna się o północy, kolejny o pierwszej, itd… w sumie 24 odcinki, aż do następnej północy. W praktyce mamy sporo krótkich przerwy na reklamy, tak więc odcinek trwa około 40 minut.

Ponieważ jeden wątek fabuły nie byłby zbyt ciekawy (w mniej pasjonujących momentach), mamy równolegle rozgrywane: losy córki i żony Bauera, a także pewną tajemnicę rodziny senatora Palmera. Większość owych i tak kończy się w okolicach połowy sezonu i rozpoczynają się nowe wątki. Jakoś wtedy człowiekowi z trudem przychodzi uświadomienie sobie faktu, że to przecież wciąż ta sama doba.

Do wad serialu należą: sztampowe postacie, wrażenie jakby każdy z każdym w biurze CTU spał, kilka klasycznych (czytaj przewidywalnych) zwrotów akcji, zbytnie zagmatwanie fabuły – ci cali terroryści wydają się być istnymi masochistami, zamiast coś zwyczajnie zrobić, kombinują ile wlezie na około. Stąd też być może czasami wyświetlany zegar raczej skłaniał mnie do refleksji ile jeszcze do końca odcinka?. Ale: ogląda się nieźle. Poszczególne epizody są wprawnie oddzielone w ciekawszych momentach i od czasu do czasu trafi się jakaś perełka. Zupełnie jednak nie pojmuję, jak można było z tego wycisnąć aż osiem sezonów?

Linki

Andromeda (2000 – 2005)

Kiedy już wyoglądałem wszystkie epizody wszystkich seriali z uniwersum Star Trek, naturalnym było chyba poszukiwać czegoś na zastępstwo. Pełny tytuł omawianego dziś produktu: “Gene Roddenberry’s Andromeda”, brzmiał dla mnie bardzo kusząco. A właśnie o to chodziło jego producentom. W rzeczywiści, ojciec “Star Trek”, zmarł przed premierą, a serial w jego zamyśle miał wyglądać zupełnie inaczej. Na wstępie można więc postawić sprawę jasno: nazwisko to jedynie lep na fanów. Wychodzi to jednak dość szybko, więc nie ma co się złościć.

Pierwsze wrażenie

Trochę nietypowo, zacznę od strony technicznej. Efekty specjalne są tutaj dość kiczowate i widoczny jest tutaj recykling animacji (np. ta sama scena wystrzelenia dron bojowych przedstawiona kilka razy, czy zawsze takie same czarne dziury). Nie zdziwcie się też jednolitości dekoracji (co swoją drogą zostało nawet fabularnie wyjaśnione). Przy intrze pierwszego sezonu przygrywa dość specyficzna muzyka techno (inna sprawa, że po paru odcinkach, można przywyknąć). Wiele zmienia się po pierwszym sezonie. Twórcy np. starają się unikać wycinków z archiwum, czy zmienia się muzyka, przez co serial nieco zyskuje.

Nieco fabuły

Owym główny bohaterem jest kapitan Dylan Hunt (gra go znany mi niejako ze swojej roli w serialu Herkules, Kevin Sorbo). Dowodzi on statkiem Andromeda Ascendant, który jest częścią Naczelnej Straży Wspólnoty. Owa Wspólnota, to odpowiednik Federacji z uniwersum “Star Trek”, czasami jest też tak tłumaczona na polski. Pierwszy odcinek rozpoczyna się jednak od końca tejże. Członkowie jednej z ras stowarzyszonych – Nietzscheani – właśnie zdradzili sojuszników i rozpoczęli wojnę przeciw nim. W wyniku walki Andromeda wpada w pobliże osobliwości. Efekt tej przygody jest taki, że statek zamarzł w czasie wraz z zawartością – jego (właściwie to jej) kapitanem, reszta załogi ewakuowała się wcześniej.

Dopiero po trzystu latach pojawili się szabrownicy, chcących wydobyć statek. Warto tu nadmienić, że wojna kończąca Wspólnotę, sprawiła zapaść technologiczną jej byłych członków, nawet poszczególne klany Nietzschean skłóciły się między sobą. Zmyli się także gdzieś założyciele Wspólnoty, razem ze swoją rodzinną planetą Tarn Vedrą (przy okazji: tam urodził się i wychował się Dylan Hunt), a w nowym porządku wielu uważa, że nigdy tak naprawdę nie istnieli. Planeta Ziemia, jest obecnie jedną z tysięcy planet niewolniczych nietzschenskiego klanu Drago-Kasov, i też swoje przeszła. Podobnie jak i cały Wszechświat. Nic więc dziwnego, że głównym powodem wydobycia Andromedy, jest chęć zysku. Plan był niezły, ale nikt nie spodziewał się, że na pokładzie wciąż żyje jeden z ostatnich przedstawicieli sławetnej organizacji.

Tu nieco zaspoileruje, ale po pierwsze, łatwo się tego domyśleć, a po drugie, twórcy sami to uczynili w intrze do drugiego odcinka. Dylan Hunt przekonuje grupkę złodziei do swojej misji odbudowy Wspólnoty. Na współpracę z nim zgadza się również Tyr (o nim niżej) Nietzschen – najemnik. Tutaj ujawnia się pewna cecha szczególna głównego bohatera: Dylan to idealista i ufa w ludzką dobroć. Wydawać by się mogło, że skończy z wielkim guzem na głowie, patrząc jak nowa załoga doświadczonych przez życie i bliźnich cyników, odlatuje jego statkiem i to zakładając, że by go zwyczajnie nie zabili. Tak się jednak nie dzieje. Może i Hunt sprawia wrażenie naiwnego, ale to on jest na dwa kroki przed niespodziewających się tego przeciwnikiem, wykorzystując jego plany dla swoich korzyści.

Załoga

W skład nowej załogi Dylana Hunta, wchodzi: Beka Valentine, złodziejka, przemytniczka, doskonały pilot, oddana właścicielka i kapitan Eureki Maru (to ona wyciągnęła Andromedę z czarnej dziury). Kolejnym członkiem jest rodowity Ziemianin, inżynier-samouk Seamus Harper, także o szemranej przeszłości. Następny to wielebny Rev Bem – nawrócony na Drogę Opatrzności (rodzaj religii) Magog. Do tego dochodzi fioletowa Trance Gemini. Trance wygląda nieco jak elf z ogonem, właściwie to nic o niej nie wiadomo, ona sama zręcznie unika podawania jakichkolwiek informacji na temat swój i swojej rasy, maskując się infantylizmem. Rzecz jasna, wcale taka znowu bezbronna i niewinna nie jest. Kwintesencją jest wspomniany Tyr Anasazi, który chciałby wyeliminować Dylana i przejąć Andromedę, czego zresztą jego nowy kapitan jest świadomy. Tyr czeka na odpowiedni moment, a Hunt dba o to aby nie nadszedł.

W skład załogi wychodzi jeszcze jedna osoba. Jest nią sama Andromeda, jako SI statku. Występuje w trzech postaciach: na ekranie, hologram oraz (od trzeciego odcinka) jako android – avatar, o imieniu Romi. W tych postaciach potrafi prowadzić ze sobą monologiczne kłótnie, tym bardziej, że Romi jest bardziej niezależna od pozostałych “siebie”. Gra ją Lexa Doig, którą można było ostatnio podziwiać w serialu V, jako panią V-doktor.

Na początku cała ta sprawa z czującym i świadomym SI wydawała mi się tylko zachcianką scenarzystów, którzy chcieli mieć gadający komputer, ewentualnie jako ufizycznienie, platonicznego do tej pory, związku kapitana z jego okrętem (patrz Star Trek TOS). Bo i po co budować statek, który może się zakochać, czy zwariować (co zresztą jest tematem kilku części), a przez to zupełnie nie spełniać swojej podstawowej funkcji okrętu wojennego? Twórcy jednak postanowili bronić swojego pomysłu w kolejnych epizodach i zrobili to całkiem przekonywająco, za co należy im się plus. Co i tak nie zmienia mojego zdania, że było to tylko łatanie pierwotnego pomysłu.

Sezon pierwszy

Jak łatwo się domyśleć, pierwszy sezon, to głównie poznawanie Wszechświata oraz bohaterów serialu. Fabularnie, to próby odtworzenia Wspólnoty przez kapitana Dylana oraz odnalezienie pozostałości tejże. Sporo czasu poświęcono rasie Nietzschean, zmodyfikowanych genetycznie ludzi, których jedynym celem jest przetrwać, udowodnić ich kobietom, że ich geny są silne, a przez to spłodzić potomstwo, które przekazałoby ich geny dalej. W przerwach między tą egzystencją, oczekują na przyjście swojego mesjasza, genetycznej inkarnacji pierwszego z nich (trochę to zresztą dziwne, bo przecież jako prototyp powinien mieć najsłabszy zestaw genów). Zasadniczo są aroganccy i skrajnie samolubni, ale kochają swoje dzieci – choć tyle. Podzieleni na walczące ze sobą klany, wciąż są jedną z najpotężniejszych ras we Wszechświecie.

Drugą potężną rasą są Magogowie, owłosione bestie, które żywią się inni istotami żywymi łupiąc światy jeden po drugim. Trochę niekonsekwentnie raz są przedstawiane jako bezrozumne stworzenia, a raz jako takie, z którymi jednak można się dogadać. Podobnie raz posiadają rodzinną planetę, a raz nie wiadomo skąd się w ogóle wzięły. Twórcy przegięli nieco z wymyślaniem ich bestialstwa, np. dając im pazury, które powinny wręcz uniemożliwiać konstrukcję i pilotowanie statków jakie posiadają.

W świecie Andromedy występuje jeszcze wiele innych ras, ale aż tak bardzo nie wysuwają się na pierwszy plan. W zbiorze odcinków pierwszego sezonu znajdziemy kilka wykorzystujących motyw szalonego SI, zabaw z czasem, niebezpiecznych pozostałości po dawnej Wspólnocie, wciąż żywych wspomnień itd…

Sezon drugi

W sezonie drugim, kapitan Hunt, wbrew chyba przewidywaniu wszystkich, zbliża się do finalizacji swojego zamierzenia odbudowy Wspólnoty. Nie wiedzieć czemu twórcy zastosowali klasyczny motyw deus ex machina w ostatnim odcinku, który zresztą szybko porzucili w kolejnym sezonie. Doszło też do paru zmian w obsadzie: znikł wielebny Ben. Ciekawi mnie, czy stało się to dlatego, że aktor znudził się tą całą charakteryzacją? Tym bardziej, że Trans traci swój ogon, którego wygenerowanie też pewnie coś kosztowało.

Sezon trzeci

A i w sezonie trzecim nastąpiły cięcia w dziale charakteryzacji, bo Tyr traci swoje siekacze – dodatkowe kości wyrastające z przedramienia, niejako pomocne w walce w ręcz, jedna z cech charakterystycznych Nietzschean. Poza tym, mam wrażenie, że wymieniono scenarzystów, kilka odcinków zrealizowanych zostało w niewykorzystanej wcześniej konwencji horroru, zupełnie, jakby w roku emisji wypadało kilka razy święto Hallowen. Nie jest to oczywiście żadna wada, ale pewnego rodzaju zaskoczenie. Jeśli jeszcze narzekać na scenariusz, to mimo iż teoretycznie kapitan Dylan podlega dowództwu nowo utworzonej Wspólnoty, to jednak wciąż lata sobie gdzie mu się żywnie podoba i dalej z kilkoma osobami załogi, której powinna być setka – najwyraźniej na opłacenie statystów też zabrakło funduszy.

Fanów serialu “Battlestar Galactica”, czy “Stargate: SG-1”, zapewne ucieszy fakt, iż aktorzy z tych seriali pojawiają się również i w “Andromedzie”, grają głównie role epizodyczne. Wystąpił też znany ze “Star Trek: Następne pokolenie” (grał Q) John de Lancie. A jeśli już o ST mowa, w jednym z odcinków sezonu trzeciego, znajdujemy coś na kształt parodii Star Trek – statek Bellerophon, wysłany z Ziemi na misję szukania nowych światów, odkrywania nowych cywilizacji itd. a m.in. jego załoga nosi mundury w trzech kolorach – czerwonym, żółtym i niebieskim.

Wracając do fabuły, aby nie było za lekko w życiu Dylana Hunta, nowa, zbudowana z takim trudem Wspólnota, zaczyna się powoli rozpadać. Jest to też sezon, kiedy z załogi odchodzi Tyr.

Sezon czwarty

Kontynuuje się rozpad Wspólnoty – potężni wrogowie (tzw. Kustosze) – niszczą nowo powstałą Wspólnotę i Dylan nie dość, że stracił swoje marzenia, to jeszcze stał się zdrajcą i wyrzutkiem. Wątpliwości zasiewają się w sercu jego załogi itd… ogólnie nieciekawie. Jakby tego było mało, Magogowie ewoluują, stając się jeszcze gorszym zagrożeniem.

W fabule tego serialu SF, zaczyna pojawiać się coraz więcej elementów mistycznych, zwłaszcza pod koniec sezonu, gdzie wychodzi wiele ciekawych rzeczy – np. czym jest Trance, lub kim jest Dylan (choć on sam o tym nie wie), albo o tym, że Kustosze są sprzymierzeni ze Złem. Osobiście mnie takie rzeczy drażnią. Czyżby twórcy już nie mieli żadnego pomysłu lepszego? Ten cała aura nadnaturalna rzutuje na końcówkę sezonu, w której wszyscy giną. No prawie; Dylan nie, wykorzystując swoje nadprzyrodzone moce gdzieś znika.

Sezon piąty

Autorzy scenariusza postanowili przejść samych siebie. W porównaniu do czwórki, fabuła piątki jest niezwykle racjonalna (do czasu). Jak się okazało, wbrew ostatniemu odcinkowi czwartego sezonu nikt nie umarł. Nie tylko Dylan przeniósł się do układu Seefra. A sama Seefra to… ale tego może już nie zdradzę. W każdym razie: przez cały czas, mamy zupełnie inną fabułę. Zapomnijmy o Magogach, zniszczeniu Wspólnoty etc. teraz większość problemów to zdobycie odrobiny paliwa do Andromedy, czy naprawienie jej.

O ile cała fabuła z poprzednich sezonów uległa przemianie, tak wątki mistyczne rozwijają się na dobre. Dowiadujemy się więcej o tym kim jest Dylan, Trance, Głębia etc… wiele odcinków wydaje się być mocno pozbawiona sensu, który potem jest wyjaśniony w jakiś pokrętny sposób. Ale po kolei.

Na początku Dylan jest sam na pustynnej planecie, na której panują silne nastroje ksenofobiczne i anty-technologiczne, podsycane przez miejscowego proroka. Szybko wychodzi na jaw, że reszta załogi, również jest gdzieś w tym układzie i co ciekawe, znalazła się tam przed tym, jak pojawił się Dylan. Na wystarczająco długo, by zdążyli stracić w niego wiarę. Andromeda również tu gdzieś lata, choć mocno zniszczona. Romi w kawałkach, a Harper zbudował Doyle, kolejną laskę – androida. Z samego syfstemu nie można się wydostać, tak więc na razie trzeba zapomnieć o całym Wszechświecie w potrzebie. Do czasu. Tzn, do ostatnich odcinków, gdzie nagle wracamy do porzuconych w poprzednim sezonie wątkach. Jak wspomniałem autorzy nieco zaszaleli i prawie każdy członek załogi Andromedy stał się na pewien sposób wyjątkowy.

Podsumowanie

Chyba główną wadą tej produkcji są głównie te przepychanki wśród wątków. Scenarzyści chyba nie bardzo mieli jakąś ogólną ideę co zrobić ze swoich dziełem, lub też, po prostu często wymieniano ich. Jest wiele pomysłów, do których nie powrócono, kilka które nie pasują i w zasadzie nie wiadomo co z nimi zrobić. Brak tu jakiejś myśli przewodniej. Z ciekawszych pomysłów, to filozofia rasy Nietzschean, kilka interesujących postaci.

Zapewne produkcja borykała się z brakiem funduszy. Mimo tych wszystkich wad dało się go obejrzeć – nie było tak znowu źle, przynajmniej do czasu, ale wtedy trochę już z rozpędu odhacza się te gorsze odcinki. Szkoda, że całość szybko została zapomniana, oglądałem gorsze seriale. Zasadniczo, jeśli już ktoś obejrzał wszystkie aktualne seriale SF (takie kosmiczne SF, bardziej w stylu “Star Trek”) i szuka czegoś nowego, to zapraszam.

Linki

Mad Men

Jeśli ktoś może śledzi nagrody rozdawane serialom telewizyjnym, zapewne wie, że omawiany ma całkiem sporo na swoim koncie. Pierwszy sezon nie sprawia wrażenie, aż tak porywającego, ale trzeba przyznać, że swój pewien dyskretny urok – umiejscowieni akcji, z pełnym inwentarzem.

Środowisko

A akcja została umiejscowiona w latach 60tych XX wieku na Manhattanie. Społeczeństwo USA powoli zapomina o II wojnie światowej, zresztą, niedawno zakończyła się ta w Korei. Jeszcze niewielu wie co to Wietnam, nie było jeszcze dzieci-kwiatów, Woodstocka itd… nie było też praktycznie żadnej poprawności politycznej. Wciąż istnieje segregacja według koloru skóry, płci czy orientacji i to wszystko jawnie. Wyborcy Jana Korwina Mike z nim samym na czele zapewne z wypiekami na twarzy i żalem w sercu, będą patrzeć na brak wszechobecnych zakazów, np. palenia, czy choćby jazdy bez zapiętych pasów. Ten klimat jest chyba główną atrakcją pierwszego sezonu – złamano tam chyba wszystkie współcześnie przyjęte normy społeczne, znajdziemy tam i jazdę po alkoholu, palenie i picie przez kobiety w ciąży, bicie dzieci (i to nawet nie swoich).

Fabuła

Główny bohater to Don Draper, dyrektor kreatywny, pracujący w średniej wielkości agencji reklamowej. Lubi swoją pracę i jest w niej dobry. Ma też piękną, ponętną żonę i dwójkę dzieci. Jednak wcale nie przeszkadza mu to wdawać się w różne romanse. Ale to nie jedyny jego sekret. Przeszłość, przed którą ucieka, która wciąż go goni i stanowi jedną z głównych atrakcji drugiego sezonu. Wzrasta tam też znaczenie bohaterów drugiego planu. Polityka zaczyna mocniej oddziaływać, a nad Donem zbierają się czarne chmury.

Podsumowując

W sumie wszystko co chciałem tutaj napisać, napisałem wcześniej. Wierne, choć być może nieco przerysowane (to moja osobista opinia, nie jestem wszak znawcą lat 60tych) oddanie atmosfery i życia zamożnych obywateli w tamtym okresie. Dla wszystkich ciekawych tej niedawnej historii. Dla tych, których bawią pierwsze reakcje ludzi na przedmioty, obecnie powszechnego użytku. Zapewne w kolejnych sezonach przyjdzie nam oglądać wyścig na Księżyc (z perspektywy przeciętnego mieszkańca Ziemi), eskalację II wojny indochińskiej, czy premierę serialu “Star Trek” (heh, no w to, to nawet sam wątpię).

Linki

True Blood (sezon 3)

Kolejny sezon “Czystej krwi” za nami. I trzeba oddać twórcom, że sporo zmieniło się od ledwo-do-obejrzenia pierwszego. Wbrew moim przewidywaniom marketingowe hasła z pod znaku “będzie mroczniej”, nie okazały się tylko pustymi sloganami. Serial faktycznie wiele zyskał na tym polu.

A głównie przez to, moim złośliwym zdaniem, że ograniczono większość występów Sookie do krzyków oraz seksu. No przesadziłem, ale prawdą jest, że zmniejszyła się liczba jej monologów o swoich uczuciach. A być może po prostu przywykłem…

Fabuła skupia się na wampirzych relacjach i polityce. Niemal zupełnie znika wizerunek tych istot, w którym chcą oni współżyć z ludźmi popijając tylko substytuty ich krwi. Kryształowy pomnik Billa Comptona również mocno ucierpi, do tego stopnia, że Eric zwiększa swoje szanse u Sookie – co tylko zaognia spór pomiędzy tymi kawalerami. Pojawiają się też kolejne istoty nadprzyrodzone: wilkołaki (na początek).

Co tym czasem słychać w domu? Jason szuka sensu życia, Tarę zaurocza pewien wampir. Jako młoda wampirzyca Jessica popełnia błędy i uczy się zacierać ślady po nich, Lafayette musi się uwolnić, a zmiennokształtny Sam Merlotte znajduje swoją rodzinę. Pod koniec sezonu widz dowiaduje się wielu rzeczy o wielu bohaterach, w tym i głównych. Wychodzi na jaw np. kim dokładnie jest Sookie i co potrafi.

Oprócz tego, że serial faktycznie stał się mroczniejszy i bardziej krwawy, twórcy uznali, że to nie wystarczy dla zwiększenia oglądalności. Nawet to rozumiem, bądź co bądź nawet “Zmierzch” teraz sprzedawany jest jako horror. Postawiono więc na stary dobry skandal – więcej seksu… gejowskiego.

Podsumowując… nie, w zasadzie nie ma co podsumowywać. Jeśli ktoś obejrzał dwa poprzednie sezony, niech sięga i po ten. Jeśli nie, to podejrzewam, że się nie nawróci. Zdaniem: jest lepiej niż było, nawet można by napisać, że niecierpliwie oczekuję czwórki.

V: Goście (sezon 1)

Remake starego serialu, jakiego nie obejrzałem. Bazuje na prostym pomyśle: oto na Ziemie przybywają w pokoju kosmici, rozdają prezenty, ale oczywiście wcale nie w głowach współżycie z ludźmi. Mało tego, ich ukazanie się, to tylko część większego planu, konsekwentnie realizowanego przez ukrytych jakiś czas temu na Błękitnej Planecie obcych.

Przepowiednie fanów teorii spiskowych sprawdziły się – oni są wśród nas, wtopieni, na kierowniczych stanowiskach, czekają na rozkazy. Dziwne jednak, że scenarzyście zupełnie z tego motywu nie skorzystali. Od początku V (od angielskiego “Visitors”, jak określają się sami Goście) są postrzegani przez masy raczej pozytywnie (w pewnym sensie, to efekt zabiegów ich Dowodzącej), nikt nie oskarża ich o porwania bydła, czy gwałty podczas snu.

Kolejnym niewykorzystanym motywem jest Internet. Serial kreowany jest na współczesny, a praktycznie niema w nim tego medium, wciąż dominuje telewizja. Weźmy taki film jak np. Kick-Ass, tam nie ma wątpliwości, że akcja toczy się w naszych czasach.

Zacząłem od wad, może nieco teraz o zaletach. Od około 5tego odcinka dochodzi nieco przyprawy, w postaci Kyle’a Hobbesa, do kompletu raczej mdłych “tych dobrych”. Twardy koleś, najemnik pracujący dla tego, kto da więcej, który gra przede wszystkim dla siebie. Po drugie serial jest ładnie zrobiony, miejscami tylko nieco przesadzono z komputerowymi animacjami. Trochę się też powtarzają. No i te naturalne zęby obcych…

Oceniam ten serial jako średni – jest tutaj wiele drobiazgów jakie mnie lekko irytują, ale jednocześnie wciąż włączałem ten kolejny odcinek. Być może byłem wiedziony sentymentem, bo w roli królowej Przybyszów (tak nawiasem: ciekawa postać), osadzono znaną skądinąd z serialu “Firefly” Morenę Baccarin. No i ten ostatni epizod w sezonie, to nawet zachęca do czekania do września na drugi sezon.

Linki